Relacje

A jednak, Misie żyją i mają się dobrze.

21 kwiecień 2017r. dodane przez Dariusz Kiedrzyński

A jednak, Misie żyją i mają się dobrze.

Grizzlies wygrali u siebie ze Spurs 105:94 po kapitalnej drugiej połowie, w której rozbili totalnie zespół z Alamo City. W końcu też mogli rzucać rzuty wolne .....

SPURS : GRIZZLIES 94:105

Grizzlies, po dwóch porażkach w Alamo City, wrócili na swoje śmieci serwując Spurs klasyczny „grit-n-grind” w pełnych tych słów znaczeniu. 
Bogiem a prawdą, to był bardzo ciężki mecz do oglądania przez fana Ostróg, zwłaszcza, gdy człowiek wstaje o 3:30 w nocy pełny nadziei na powtórkę z przebiegu poprzednich spotkań swojej ulubionej drużyny a dostaje zimny prysznic.

Trener Miśków – David Fizdale – zrobił, jak się właśnie okazało, kapitalną robotę podczas konferencji po meczu nr 2, w której zarzucił sędziom stronniczość podpierając to stwierdzenie wieloma statystykami (z którymi można dyskutować biorąc pod uwagę statsy zespołów z całego sezonu, dla przykładu) oraz używając przy tym zdań, które przejdą do historii („take that for data!” czy „they don’t gonna rok us!”). Fiz wstawił się całkowicie za swoją drużyną przez co zyskał wielki szacunek, także w moich oczach (oczywiście, władze ligi ukarały Fiza grzywną w wysokości 30 tys. dolarów – w całości opłaconą przez graczy Memphis). Niemniej jednak, efekt powyższego był taki, że Grizzlies nabrali pewności siebie, wyzbyli się strachu, dokonali przewartościowania i postanowili zmienić losy serii, tej serii (i tak też się stało). 

David Fizdale zmienił swoją wyjściową piątkę – wstawił do niej Zacha Randolpha i Jamesa Ennisa III, którzy byli sprawcami nieprawdopodobnego powrotu zza światów Grizzlies w meczu nr 2 (z minus 26 punktów na minus 4). Faktycznie, tym razem też to poskutkowało. Zobaczyliśmy klasyczną grę w stylu „grit and gind” w wykonaniu Marc Gasola, Z-Bo i Mike Conley’a. 

Grizzlies grali wiele akcji przez trumnę, a Spurs nie mieli na to odpowiedzi. Zresztą nie tylko na to. Miśki trafiały także swoje rzuty zza łuku sprawiając tym samym wiele szkód Alamo Boys. 

Miśki znacznie częściej rzucały rzuty wolne – co było efektem ich zwiększonej aktywności w „pomalowanym” aniżeli „efektem Fizdale’a”, moim zdaniem.

Grizzlies także kapitalnie dbali o piłkę tracąc zaledwie dwie piłki przez trzy pierwsze kwarty a kończąc mecz z pięcioma na swym koncie (Spurs mieli ich 12). 
W każdym razie, Spurs nie mieli siły przebicia – cichy mecz zaliczył zarówno Kawhi Leonard, jak i LaMarcus Aldridge. Co więcej, zupełnie niewidoczny był Tony Parker, który w dwóch poprzednich spotkaniach wrócił do żywych, ku zaskoczeniu wszystkich, trafiając wiele swoich rzutów (nawet za trzy) i broniąc (tak, broniąc). Manu Ginobili zaliczył swój 200 występ w playoffs (jako pierwszy gracz w historii NBA wybrany w drugiej rundzie draftu), jednak nie może on tych zawodów zaliczyć do najbardziej udanych. 
 
Spurs wyglądali na totalnie zaskoczonych całym obrotem spraw - tym, że Memphis zaczęli walczyć, ich twardą jak skała postawą i całą kapitalną atmosferą w Grindhouse (Fed-ex Forum). Czuję się nieco oszukany, bo pierwsza połowa meczu nie zapowiadała tak fatalnego końca. Spurs grali równy mecz z Memphis do przerwy, po której Grizzlies zjedli na śniadanko cały zespół z Teksasu, a Pop musiał wywiesić białą flagę już na początku czwartej kwarty. 
Spurs popełniali na serio głupie straty, a Grizzlies robili swoje – np. Marc Gasol trafi trójeczkę, a Z-Bo dominował w „pomalowanym”. Pop zaryzykował i wypuścił przy stanie minus 9 drugą piątkę (Simmons, Anderson, Gasol, Mills i Lee). Dało to katastrofalny rezultat – Grizzlies wyszli na plus 20 (jak dobrze pamiętam) i zakończyli tym samym płonne nadzieje Spurs na powrót. 
 
Statystyka wieczoru - Grizzlies w trzeciej kwarcie trafili 10 ze swoich 14 rzutów, zaś Spurs spudłowali 11 z 17.
 
David Lee będzie miał koszmary po tym meczu. Jego defensywa była fatalna – przeciwnicy rzucili na nim wszystkie swoje rzuty (dosłownie pięć rzutów). Miejmy nadzieję, że Lee wróci do nas w meczu nr 4.

Bardzo dobry mecz zaliczył Kyle Anderson, który, chyba jako jedyny, pokazał „cohones” (no dobra, przesadziłem). Cieszę się, że chłopak się rozwija i dostaje szansę. Jego wsparcie z ławki jest bardzo wartościowe (15 punktów).

Biorąc powyższe pod uwagę, Spurs zagrali za miękko, by oprzeć się zdeterminowanym Miśkom, spośród których kapitalnie zagrał Mike Conley – 24 punkty plus 8 asyst oraz Z-Bo i Marc Gasol (rzucili po 21 oczek). Zgodnie z zapowiedziami wielu ekspertów, jeśli świetny mecz rozegra Mike Conley – Spurs będą mieć problemy. Jeśli do tego dołoży się dobry mecz Marca Gasola i Z-Bo – Spurs to przegrają.

Dzięki tej wygranej Memphis przerwali serię 10 porażek z rzędu w playoffs z SA (ostatnia wygrana w 2011 r.).

Jeśli Spurs chcą wywieźć z miasta Elvisa Presley’a wygraną muszą pokazać znacznie więcej siły i determinacji, uporządkować grę i nie pozwolić na kolejny świetny mecz w wykonaniu trio „grit and grind” – Gasol, Z-Bo i Conley.

Vince Carter ma 40 lat a potrafi robić takie rzeczy: