Relacje

Czy Spurs jeszcze wygrają mecz w tym sezonie?

31 październik 2017r. dodane przez Dariusz Kiedrzyński

Czy Spurs jeszcze wygrają mecz w tym sezonie?

Wszystko jest złe, jestem martwy w środku. Nie ma nadziei dla chłopaków z Alamo City. Wszystko stracone.

Wszystko stracone ….
Tak na poważnie, to Spurs przegrali dziś w nocy z Boston Celtics 94:108, w drugim meczu serii back to back (w pierwszym ulegliśmy Indianie Pacers). Warto podkreślić, że ta porażka kończy passę aż 16 z rzędu zwycięstw Spurs w drugich dniach takich serii.
Dodatkowo, jest to trzecia z rzędu porażka Srebrno-Czarnych. Taka sytuacja zdarza się bardzo rzadko - Spurs przegrywają seriami, gdy panuje plaga kontuzji albo …. Chyba tylko wtedy. 
Faktycznie, graliśmy dziś bez naszego najlepszego gracza – Kawhi’ego Leonarda, którego data powrotu jest nadal nieznana, nie skorzystaliśmy też z usług naszego Argentyńczyka Manu Ginobili’ego, który zwyczajnie dostał wolne oraz nie mogliśmy popatrzeć na postępy gry J-Louvergne, kontuzjowanego, a jak. Nie będę pisał już o Tony Parkerze i jego przydatności dla zespołu.
W związku z powyższym mamy jakieś usprawiedliwienie słabej gry Srebrno-Czarnych. Można też dodać, że Spurs właśnie meczem z Bostonem zakończyli swoją podróż po miastach wschodu USA. Te loty, zmiany współrzędnych geograficznych. Może to być męczące. To jest męczące i to jest z pewnością powód tej porażki, ba, tych niepowodzeń. 
Na szczęście Spurs wracają na sześć meczów do Alamo City i dodatkowo mają teraz parę dni odpoczynku, by przyszykować się na, taram taram, pojedynek z Golden State Warriors. 
W meczu z Celtics Spurs wyglądali na bardzo zmęczonych, ustępowali na każdym polu walki swoim przeciwnikom. Nie trafiali rzutów wolnych, przegrali walkę na tablicach, byli wolni, pozbawieni energii, nie mogli tego meczu wygrać. Celtowie zaś zagrali kapitalnie, byli na drugim biegunie w stosunku do Suns Spurs. 
Nasz motor napędowy Dejounte Murray też był wybity z rytmu, nie dawał tej potrzebnej iskry, nie kreował dobrze gry Spurs – zdecydowanie przydałby się Tony Parker.
Nasi wysocy też mieli problemy, zwłaszcza, gdy grali razem na boisku. Nie uzupełniali się, a w zasadzie sobie nieco przeszkadzali. Dodam, że LMA, choć grał dobrze, to jednak nie rzucił dziś 20 punktów, przez co jego pass sześciu meczów z 20+ punktami się skończyła. Szkoda.
Pau Gasol przeżywa chyba kryzys wieku średniego, nie może wejść w ten sezon, nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. 
Patty Mills jest cieniem samego siebie, nie trafia swoich rzutów. Jego rola w zespole się nie zmieniła, wciąż wychodzi z ławki, to jednak jest daleki od gry, do której nas wszystkich przyzwyczaił. 
Kyle Anderson – dziś gubił się w tłoku podkoszowym, jego powolne ruchy i rzuty zostały nie mogły zaskoczyć Celtów, tych Celtów, którzy w tym roku mierzą przecie tak wysoko. 
Brandon Paul – powinien dostać nagrodę MVP tego meczu – grał z dobrą energią i miał przyjemność z bycia na parkiecie. 18 punktów z zaledwie ośmiu rzutów daje nadzieje. To jest dobry gracz, a może być wspaniały (coś jak J-Simms). 
Pragnę także nieco skrytykować Gregga Popovicha, który pomimo zmęczenia swoich najlepszych dostępnych graczy nie dał szans choćby Łotyszowi Davisowi Bertansowi. Przed sezonem byłem pewny, że chłopak będzie dostawał więcej minut, zwłaszcza minut w normalnym czasie gry, a nie w „garbage time”. Tymczasem, Pop wypuszcza go, świeżego, wypoczętego, gdy wynik jest już przesądzony i każdy chce już iść do domu (a my spać).
Mecz z Celtami był także okazją do spotkania naszego starego, dobrego przyjaciela – Big Bangera – Arona Baynesa, który robi kapitalną robotę w Celtics (przynajmniej skacze do każdego wsadu, nawet gdy dunkuje The Greek Freak). Super, że chłopak dostał taką szansę w tak dobrym zespole.
Pamiętajmy, że następny mecz gramy przeciwko The Dubs w Alamo City. Mamy szansę?