Relacje

Rockets odpowiedzieli, deszcz trójek w Houston

8 maj 2017r. dodane przez Paweł Ostrowski

Rockets odpowiedzieli, deszcz trójek w Houston

Co najmniej kosz za kosz, nigdy bez odpowiedzi na dłużej Rockets grali ze Spurs mecz nr 4. To może była jedna z mniej bolących porażek, bo przegrywaliśmy od samego początku i nigdy nie mieliśmy prowadzenia w tym spotkaniu. To trochę heart-breaking game dla nas, który nieco otwiera oczy, że przecież tak było przez cały sezon zasadniczy, tak jest i teraz - Spurs nie są faworytem bookies do mistrzostwa, bo takiej formy też nie utrzymują stale.

SAN ANTONIO 104, HOUSTON 125

Rockets od minuty pierwszej byli gotowi do gry. W trzecim meczu Pop nazwał pierwszą kwartę 'worst offense ever', po tym spotkaniu Pop powiedział, że zespół 'started without an edge'.

A to może trochę tak, że to twoja wina trenerze.

Bo drużyna, znów, grała jak Rockets chcieli - szybko. Pierwsza kwarta grana tempem 115 posiadań/mecz zakończyła się przegraną 23-31 a ta druga, już wolniejsza - 31-23 dla Spurs. Do przerwy strata wynosiła ledwie -4, różnica dwóćh posiadań - nie było źle. Rockets jednak byli gotowi.

Spurs oddali 34 punkty w trzeciej odsłonie, Rockets trafili ośmiokrotnie za trzy co było trochę zasługą Mike'a D'Antonioego, który decyzyjnie wprowadził Erica Gordona na pozycję nr2 na drugą połowę i to był strzał w dziesiątkę. Clint Capela, Trevor Ariza, Harden, Gordon i Beverley - lineup, który zabił grę Spurs, grających na dwóch wysokich raz jeszcze Gasola i Aldridge'a. 

Raz po raz Harden z łatwością znajdywał mismatche już we wczesnej ofensywie i nawet kiedy Spurs nie switchowali po prostu byli na pozycji przegranej. Czasami też San Antonio sami robili sobie problemy podwajając Hardena za linią trzech punktów w tej trzeciej kwarcie co skończyło się dwoma otwartymi trójkami dla Rockets. 

W tej drugiej połowie Rockets też dbali o piłkę i dojrzale się nią dzielili (tylko 4 straty w tej części) a w całym meczu oddali 43 próby z dystansu. HELL YEAH.

Drugi raz w tej serii Spurs oddali co najmniej 120 punktów w meczu, choć może nie przejmujmy się tym bardzo, bo sama cyferka nic nie znaczy - w końcowej kwarcie nie pojawił się ani Kawhi Leonard (dziś wyraźnie wymęczony graniem rozgrywającego) ani LaMarcus Aldridge (16 punktów obaj), a Gregg wyszedł już na 8 minut przed końcem meczu lineupem z Bryn Forbesem.

W czwartej kwarcie dział się tylko Jonathon Simmons, który jak słusznie zauważył Reggie Miller był jak sam Kawhi Leonard - aż dziwne, że nie ma na to highligtów na YT. W czwartej kwarcie też nie było żadnego shot-blockera w trumnie i Rockets zamrażali mecz kolejnymi posiadanami wchodząc pod kosz.

Kilka minut Sama Dekkera w meczu przez kontuzję Nene, który do meczu nie wrócił, było granie mega niskim składem, były ciekawe drive'y od Murray'a z prawej strony.

To jest smutne, że nie ma tu guzika switch dla formy tego mega utalentowanego zespołu San Antonio. Jest 2-2 i mamy przewagę parkietu, ale równie dobrze posiłkować się jednym kolejnym meczem to głupota. 

Game 5 we wtorkową noc.